BREAKING NEWS

Czy Polacy w Wielkiej Brytanii nadal bardziej cenią polskie produkty niż angielskie?

Polish Express
Polish Express logo

Czy Polacy w Wielkiej Brytanii nadal bardziej cenią polskie produkty niż angielskie?

Polacy w Wielkiej Brytanii częściej doceniają urok oryginalnych rzeczy, których nie dostaniemy w sieciówkach?

Jak to u Was jest? Podzielcie się z nami swoją opinią, piszcie na adres: [email protected] z dopiskiem "vintage".

"Co polskie, to najlepsze" - głosi znany od dziesięcioleci slogan, który  - czy tego chcemy czy nie - nie do końca ma pokrycie w rzeczywistości, chociaż dla podtrzymania tradycji może warto w niego wierzyć. Nie bacząc jednak na jego prawdziwość, wielu Polaków w UK ani myśli kupować ciuchów w angielskich sklepach, nie chcą angielskich mebli czy nawet warzyw. Wciąż wielu z nas nadal jest przekonanych, że "to co polskie jest ponadczasowe" i na polskiej sofie siedzieć będzie jeszcze przyszłe pokolenie, a tą angielską za dwa, czy trzy lata trzeba będzie wyrzucić na śmietnik.  Są też wśród nas i zwolennicy odmiennych teorii, którzy w celu znalezienia unikalnego "cacuszka" są w stanie jechać na drugi koniec Anglii i polować w charity shopach, na car boot sale czy na Marketplace. 

Większość produktów, czy to AGD czy innych sprzętów domowych, zabawek, ciuchów i akcesoriów sprzedawanych jako polskie czy angielskie i tak produkowana jest w Chinach - o czym niby doskonale wiemy, ale nie chcemy pamiętać. Niewiele jest już rzeczy, co do których mamy pewność, że wyszły spod ręki angielskiego rzemieślnika, czy polskiego producenta. Nawet Brexit tego nie zmienił, mimo że sprowadzenie z EU do Wielkiej Brytanii mebli czy sprzętu AGD jest już znacznie droższe i wiąże się z coraz bardziej wyszukanymi procedurami. Pandemia nauczyła nas również, że zakupy online mogą być tak samo przyjemne, a nawet pełne ekscytacji. Klikając i płacąc online niby robimy podobne zakupy, jak te w sklepie, ale te pierwsze potrafią oszczędzić nasz czas na dojazd i przebieżkę wzdłuż sklepowych półek. Jedni z nas lubią pooglądać rzecz z bliska, inni ufają grafikom, którzy retuszują maksymalnie zdjęcia zamieszczane potem na stronach internetowych sklepów. Wystarczy spojrzeć jak rozwinął się w czasach pandemii jeden z najbardziej obecnie znanych sklepów online z ciuchami - SHEIN. Co druga dziewczyna w UK kupiła jakiś ciuch w tym sklepie. Inną sprawą jest, że niekoniecznie go potem nosiła...  

Co tanio, to drogo

“Są produkty w UK, których naprawdę nie warto kupować w najtańszych sieciówkach takich jak Poundland czy B&M. W żadnym innym kraju, w którym wcześniej mieszkałem, nie zdarzyło mi się, żeby tak szybko psuły się lub kończyły trzy rzeczy: zapalniczki, żarówki, a przede wszystkim baterie" - mówi 37-letni Leszek, mieszkający z żoną w UK od 6 lat. "Niby wszystko produkowane jest w Chinach, ale w Anglii chyba mają inne kontrole jakości. Bubel za bublem. Żarówka - działa maksymalnie dwa miesiące, no... może trzy, o bateriach nie wspomnę, bo te działają chyba kilka dni, a zapalniczki to faktycznie jednorazówki - nie tylko z nazwy" - dodaje mężczyzna. W dyskusję o bublach włącza się żona Leszka, Ania: "Nie będę tutaj wspominała o usterkach w wynajmowanych domach w Anglii, bo to jest temat tak drażliwy i złożony, że nie starczyłoby pani czasu na wysłuchanie historii mrożących krew w żyłach normalnemu, zdrowemu człowiekowi". Na moje pytanie czy małżeństwo woli polskie produkty i uważa je za lepiej wykonane obydwoje odpowiedzieli chórem: "Oczywiście!". - Myśmy z mężem przeprowadzili się do Londynu 6 lat temu, ale wcześniej mieszkaliśmy jakiś czas w Niemczech, więc mamy porównanie - kontynuuje kobieta. - Sprowadziliśmy tutaj swoje meble, na które ciułaliśmy jeszcze przed ślubem, pralkę i inne drobne sprzęty. Nawet łóżka tutaj nie chcieliśmy kupować, bo znajomi mówili, że nawet te najdroższe są nic niewarte i szybko są do wyrzucenia. Do dzisiaj wszystko u nas dobrze funkcjonuje i było wykonane w polskiej fabryce. Nie chcemy wyrzucać w błoto ciężko zarabianych pieniędzy i cenimy dobrą jakość - podsumowuje Ania. Zupełnie  z Anią i Leszkiem nie chce się zgodzić 27-letnia Basia, miłośniczka staroci, unikatowych mebli i stylu vintage. "Dla mnie Anglia to raj na ziemi jeśli chodzi o to, jak tanio i oryginalnie można się urządzić za dosłownie kilkaset funtów, z połowy wypłaty nawet" - kontrargumentuje Basia. 

Anglia to raj dla miłośników vintage

"Ja kocham unikatowe rzeczy, uwielbiam styl art deco, okres międzywojenny. Uwielbiam starocie i dla mnie Anglia jest najwspanialszym miejscem na ziemi, w którym w każdym dosłownie miejscu czai się historia. Niemcy ani Rosjanie nie rozgrabili Anglii podczas II Wojny Światowej tak jak to zrobili w Polsce, dlatego naprawdę stare i wyjątkowe meble, biżuteria, a nawet dzieła sztuki są tutaj na wyciągnięcie ręki. Na jedyne w swoim rodzaju unikatowe cacka można trafić naprawdę wszędzie, zwłaszcza na Sunday markets albo car boot sale, gdzie ludzie nadal mają w rozsądnych cenach i starą biżuterię i zasłony vintage, stoły, szafki, ciuchy... Nie wyobrażam sobie jak można mieszkać w Anglii i kupować polskie meble, skoro za klasycystyczny sekretarzyk w idealnym stanie, który ma swoją historię możesz zapłacić mniej niż 50 funtów, do tego szafa z okresu międzywojennego za około 80 funtów plus piękne stare krzesło z car boot za 5 funtów, łóżko z Marketplace za 50 - 60 funtów i jesteś urządzona"- opowiada z wypiekami na twarzy kobieta. "Mamy XXI wiek, minione lata już nie wrócą, a każda z rzeczy, którą znalazłam i dokładam do swojej kolekcji vintage robi furorę na Tik Toku, bo ludzie kochają rzeczy z duszą. Nie odwiedzam sklepów z nowymi rzeczami, bo wieje nudą, bylejakością i brakiem stylu, a wszystko jest do siebie podobne" - dodaje Basia.

Charity shop kontra TK Maxx

Wielka Brytania to zarówno ogromna podaż dóbr, ale i ogromny popyt. W Polsce "wielkomiejskie celebrytki" chwalą się, że po ciuchy latają do Londynu. Bo Londyn - ale nie tylko - jest wyznacznikiem trendów, mekką oryginałów, którzy nawet w tak wielkim mieście chcą się wyróżniać w tłumie. Nie sztuką jest kupowanie, kiedy ma się nieograniczony budżet. Podjeżdżasz na Oxford Street, poświęcasz dzień i możesz wydać setki tysięcy funtów na dziesiątki topowych marek, które znajdziesz na jednej ulicy. Ale umówmy się - chyba nikt z nas nie jest milionerem, nie ma przy nas sztabu stylistek, które doradzają nam jak się ubrać "w trendach", tak więc mamy zupełnie inne perspektywy. I całe szczęście... Dla Polaków, chcących się ubrać w dobre marki, ale nie przepłacać mekką jest na pewno TK Maxx. Tutaj zawsze jest tłum i często słyszy się polski język. Można tu wyłowić niejeden markowy brand w naprawdę rozsądnej cenie. Od ramoneski od Vivienne Westwood do sandałków Prady. Wprawne oko i systematyczne przeglądanie zasobów TK Maxx może przynieść naprawdę zaskakujące efekty. Dla miłośników dresów i markowych adidasów stworzono sieciówkę JD Sports. Tam i dresiarz i nie-dresiarz znajdą w niezłych cenach porządne trainersy całkiem niezłych marek i w rozsądnych cenach. Dla wszystkich innych, dla których marka jest nieważna, a ciuchy muszą być po prostu na czasie nowe, z metką -  pozostaje stary, dobry Primark, w którym jakość jest dokładnie taka jak cena, czyli niewysoka. W zasadzie całkiem niska. Jedyne, co jest na wyższym niż reszta ciuchów poziomie są dżinsy i nawet znane modnisie mówią, że co jak co, ale jakość dżinsów jest w "Primanim" porównywalna do dobrych marek, a bywa, że lepsza nawet niż w Zarze czy Bershce. Za to dla miłośników ciuchów z drugiej ręki znowu Anglia jest universum. "Ostatnio za 3 funciaki kupiłam sobie oryginalną bluzę Moschino, parę tygodni temu bluzę Balenciagi, a jeszcze kilka tygodni wcześniej piękną skórzaną torebkę Toma Forda" - mówi Aga, zawsze oryginalnie ubrana i wyglądająca jak milion dolarów. "W charity shopach można znaleźć takie perełki, że zawartość mojej szafy, gdyby ją wycenił profesjonalista i chciałabym ją sprzedać, pewnie stałabym się prawdziwą milionerką. A ja za te moje perełki płacę po kilka, kilkanaście funtów. Radości i podniety z takich znalezisk nie zastąpiłby mi nawet mąż milioner" - śmieje się Aga.

Kupowanie z drugiej ręki jest modne i ekologiczne

Kupujmy co lubimy i gdzie lubimy, ale nie zapominajmy o tym, że przemysł modowy jest drugi na świecie pod względem zanieczyszczania środowiska. Branża odzieżowa zużywa 1,5 tryliony litrów wody każdego roku do produkcji tkanin i ubrań. Sama produkcja bawełny pochłania 20 tysięcy litrów wody na 1kg bawełny. Taka duża konsumpcja wody powoduje, że całe terytoria stają się pustyniami, niszcząc zarazem liczne ekosystemy. Według World Wildlife Fund do produkcji bawełny na jeden t-shirt potrzeba aż 2700 litrów wody, czyli  zapotrzebowanie jednego człowieka na 2,5 roku. Tymczasem nawet 60 proc. ubrań można ponownie wykorzystać, a kolejne 35 proc. można przetworzyć lub przekształcić. Kochajmy modę, kupujmy z głową, ale  pamiętajmy równocześnie, że pokolenie dzisiejszych miłośników "fast fashion" za kilkanaście lat może zatoczyć krąg i pokochać vintage... z czystego rozsądku, a nie z powodów trendów na Tik Toku.

autorka: Ilona Korzeniowska

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Samozatrudnienie w Anglii

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK